Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stara Mydlarnia. Pokaż wszystkie posty

Aktualna pielęgnacja twarzy

Od połowy września w mojej pielęgnacji twarzy zagościł względny minimalizm. Przekonałam się, ze moja skóra ma się najlepiej wtedy gdy nie przytłaczam jej ogromem produktów i zabiegów. Doszłam do takiego etapu gdy moja skóra na policzkach była non stop tak czerwona, że nie byłam w stanie zakryć jej makijażem. Przeraziłam się wtedy i poszłam do najbliższej apteki szukać pomocy. Na szczęście trafiłam na przemiłą ekspedientkę, która mimo małej bariery językowej, pomogła mi dobrać odpowiednie produkty do pielęgnacji. To ona zasugerowała, że problemem może być kontakt mojej skóry z wodą kranową. Zastosowałam się do jej rad a po miesiącu pobiegłam jej podziękować, bo nowa pielęgnacja zdała egzamin na 100%.

Mam skórę wrażliwą, naczynkową i bardzo łatwo czerwieniącą się. Dodatkowo ma dużą tendencję do przesuszania się.

Oto produkty, które sprawdzają się ostatnio najlepiej:


Pierwszym krokiem w mojej pielęgnacji jest oczyszczanie.
Niestety ze względu na nowe miejsce zamieszkania musiałam zrezygnować z mycia twarzy żelami i wodą. Niemal stuprocentowo ograniczyłam kontakt mojej skóry z wodą z kranu. 
Do zmycia makijażu dzielnie służą mi olej kokosowy oraz płyn micelarny z Biodermy, z serii AR przeznaczonej do skóry naczynkowej.
Oleju kokosowego używam do pierwszego oczyszczenia twarzy. Zmywam nim również makijaż oczu, spisuje się tu doskonale, jednak gdy użyjemy zbyt dużą ilość może to skutkować lekkim zamgleniem oczu. Mój egzemplarz jest olejem nierafinowanym, a więc przepięknie pachnie kokosem. Stosuję go również w pielęgnacji ciała i włosów. Zauważyłam także, że moje rzęsy polubiły taką metodę demakijażu bo zdecydowanie odżyły.
Po oczyszczeniu twarzy olejem kokosowym przemywam ją wacikiem nasączonym Biodermą, aby doczyścić twarz z resztek makijażu a także wyrównać jej Ph.

Po takim oczyszczaniu czuję, że moja twarz jest czysta, jednak nie wysuszona i nie pozbawiona tej wierzchniej warstwy lipidowej, jak to robią niektóre żele do mycia twarzy.

Gdy moja skóra jest podrażniona lub zaczerwieniona (np. od powietrza z grzejników) spryskuję ją wodą termalną z Avene. To malutkie opakowanie dostałam w gratisie przy zakupie kremu.

Moim ulubionym kremem jest obecnie Avene Anti-Rougeurs. Szybko się wchłania, nawilża skórę a co najważniejsze ma zbawienny wpływ na moje naczynka. Już po tygodniu stosowania widziałam różnicę w wyglądzie skóry, która wcześniej była non stop czerwona i piekąca. Krem ten ma też lekko zielonkawy kolor, którego nie widać po aplikacji, a który bardzo ładnie niweluje zaczerwienienia.  

Serum pod oczy z Alverde było kupnem w ciemno. Potrzebowałam pilnie coś pod oczy a to serum wyglądało całkiem zachęcająco. Ma ładny owocowy zapach, lekką konsystencję i szybko się wchłania. Nawilżenie jest przyzwoite. Jednak gdy go wykończę poszukam czegoś bardziej treściwego.
Przy okazji nie polecam kremu pod oczy Balea z serii Urea. Gdy go stosowałam to rano budziłam się z zapuchniętymi i szczypiącymi oczami. Koszmar. 




Gdy czuję. że moja skóra potrzebuje większego nawilżenia lub odżywienia sięgam po serum, które nakładam pod krem. Obecnie posiadam arganowe serum ze Starej Mydlarnii oraz serum z Bioliq.
Ten pierwszy baaaardzo lubię i przepięknie pachnie. O Bioliq nie mogę się za bardzo wypowiedzieć bo użyłam go do tej pory może ze dwa razy. 


Bardzo ważna jest dla mnie odpowiednia pielęgnacja ust. Nie lubię uczucia spierzchniętych lub przesuszonych warg, dlatego zapobiegawczo kilka razy dziennie sięgam po Carmex lub pomadkę z BabyLips. 


Od czasu do czasu, gdy mam ochotę nieco dopieścić moją skórę a ma to miejsce 1-2 razy w miesiącu, sięgam po maseczki. Lubię glinkę anapską, która świetnie uspokaja naczynka i odżywia skórę. Świetnie sprawdza się u mnie również Spirulina. Glinkę lub spirulinę mieszam zazwyczaj z hydrolatem z kwiatów pomarańczy.
Z gotowych maseczek drogeryjnych uwielbiam Ziaję i ich maski regenerujące. Zawsze jak jestem w Rossmanie to robię sobie zapas.



I to by było na tyle. Wiem, że dla niektórych osób taka ilość produktów może wydać się spora, jednak dla mnie jest to optymalna liczba. Nie eksperymentuję z moją skórą, nie testuję co 2 tygodnie nowych produktów i nie kupuję na wyprzedażach, rzeczy których prawdopodobnie nawet nie użyję.
Ustatkowałam się ;-)

Ulubiony zdzierak

Na firmę Stara Mydlarnia trafiłam całkiem przez przypadek. Kiedyś koleżanka przywiozła mi w prezencie masło do ciała w wersji zapachowej Erotic i okazało się całkiem przyjemne. Następnie odkryłam, że we Wrocławiu znajduje się stacjonarny sklep tej firmy. Jak weszłam to przepadłam. Zakupiłam kilka rzeczy z niektórych byłam bardzo zadowolona, innymi bardzo zawiedziona. Myślę, że proporcje mojego zadowolenia z produktów rozłożyły się 50:50. Dzisiaj chciałabym napisać parę słów na temat produktu, który mnie absolutnie uwiódł a mianowicie peelingu cukrowym.


Cukrowy peeling zakupiłam zimą, skusiłam się więc na wersję zapachową biała czekolada. Zakupiłam w ciemno bo nie było testera żeby poniuchać przed zakupem, ale wyobrażałam sobie jak piękny będzie to zapach. Zimą lubię się porozpieszczać takimi słodkimi nutami. Niestety w rzeczywistości zapach okazał się "taki-sobie". Na swoje nieszczęście zakupiłam z tej serii również masło do ciała, które zamiast białą czekoladą pachniało mi kocimi siuśkami. Niefart. No ale wracając do peelingu, poza zapachem uwielbiam w nim wszystko. Drobinki ścierające są średniej wielkości co najbardziej mi odpowiada, ponieważ produkt bardzo dokładnie ściera martwy naskórek, nie podrażniając przy tym skóry. Drobinki te zanurzone są w lekko oleistej bazie, która sprawia że po peelingu skóra jest idealnie gładziutka i miękka. Produkt nie zawiera w sobie parafiny co również notuję na plus. Opakowanie jest poręczne i naprawdę sporych rozmiarów bo ma aż 500 ml. Stosowałam ten peeling na całe ciało i okazał się szalenie wydajny.


Z tego co pamiętam zapłaciłam za niego około 25 złotych. Z jednej strony wydaje się to dosyć dużo porównując z tym co oferują drogerie. Z drugiej jest to naprawdę świetny produkt, który w odróżnieniu do produktów drogeryjnych nie jest oparty na parafinie.

Dla zainteresowanych wrzucam skład:



Podsumowując: jestem na tak i polecam wypróbować. Dla mnie to świetna alternatywa, gdy nie chce mi się samej robić peelingu kawowego i wolę sięgnąć po gotowca. Jak tylko będę miała możliwość to na pewno zaopatrzę się w kolejne opakowanie, ale może tym razem w innej wersji zapachowej :)

A Wy jaki peeling lubicie najbardziej?

Czas powrotu + zakupy

Po długiej nieobecności postanowiłam zebrać się w sobie i spróbować powrócić do prowadzenia bloga. Ostatnie pół roku było dla mnie niesamowicie ciężkie. Praca, studia i pisanie magisterki pochłonęły cały mój czas. Na szczęście udało się wszystko dopiąć na ostatni guzik i mogę zameldować się z tej strony jako pani magister. Z pracą również się pożegnałam i od tygodnia próbuję osiedlić się za granicą.
Dzisiaj mam w miarę luźny post zakupowy, w ciągu ostatnich kilku tygodni wpadło mi trochę nowych produktów, głównie makijażowych.

Od pewnego czasu miałam ochotę zapoznać się nieco bliżej z marką NYX. Tak się jakoś złożyło, że mając zły humor weszłam do Douglasa i trochę mnie poniosło. W planach był tylko korektor i baza pod cienie, a wpadła dodatkowo paletka cieni i zestaw do brwi.


Paletka z serii "Love in Paris" w odcieniu A La Mode jest wynikiem chwilowego kaprysu. Kupiłam ją, użyłam raz i leży w kufrze. Nie świadczy to o jej złej jakości. Po prostu jakoś tak mi z nią nie po drodze.


Na zestaw do brwi skusiłam się bo mój set z Catrice był już cały pokruszony. Skusiłam się bo odcienie wydały mi się ciekawe i zaintrygował mnie także ten wosk, który wchodzi w skład zestawu. Od dnia zakupu używam tego zestawu niemal codziennie.


No i produkty po które wybrałam się do Douglasa czyli słynny już korektor HD oraz biała baza pod cienie. Korektor wybrałam w odcieniu Fair i choć początkowo nie rozumiałam jego fenomenu, tak z czasem nauczyłam się go obsługiwać tak aby efekt mnie zachwycił. Białą bazę zakupiłam z myślą o kolorowych makijażach, chciałam aby mocniej podbijała kolory cieni i w sumie dawno się tak nie zawiodłam na kosmetyku do makijażu.


Kolejne moje zakupy pochodzą z Inglota, część z nich zakupiłam część dostałam. Skusiłam się na kultowy już Duraline oraz dwa pudry do twarzy: jeden z serii 3S, która ma być bardziej matująca a drugi z serii HD, który przepięknie rozświetla. W prezencie dostałam serum do rzęs oraz nowy tusz z silikonową szczotką.


Skusiłam się również na pędzelek 4SS, który swoim kształtem fajnie nadaje się do przypudrowania okolic pod oczami lub precyzyjnego konturowania. Początkowo czaiłam się na podobny kształtem pędzel z RealTechniques, ale po uwzględnieniu mojej zniżki w Inglocie bardziej opłacał mi się 4SS i jestem bardzo zadowolona z zakupu.


Uzupełniłam również swoje paletki dziesiątki z Inglota. Cienie z systemu freedom to mój ulubiony produkt tej marki. Moje ulubione cienie to maty i wykończenie double sparkle, czyli cień o matowej podstawie z lekką drobinką. Na perłowe cienie muszę mieć humor ;)


Z pielęgnacji uzupełniłam zapas mojego ulubionego serum z olejkiem arganowym ze Starej Mydlarnii i skusiłam się również na słynne serum z witaminą C firmy Auriga.


Serum rewitalizujące marki Bioliq kupiłam na promocji w Superpharmie. Jeszcze nie wiem jak się spisuje bo czeka na swoją kolej.


Poza serum zakupiłam też mgiełkę do włosów Seboradin z żen-szeniem oraz tusz do rzęs, tak szumnie reklamowany jako inspirowany skrzydłami motyla. To moje pierwsze podejście do tuzy marki Loreal i wrażeniami wkrótce podzielę się na blogu.


Dawno nie kupowałam niczego w Avon. Od niedawna moja kuzynka jest konsultantką i podczas ostatniej wizyty u niej przejrzałam katalog i zamówilam kilka rzeczy. Szampon do włosów i maska z czarną rzepą mocno mnie zaintrygowały a że były na promocji to zamówiłam. Skusiłam się także na olejek do ciała ze złotymi drobinkami.


Żel pod prysznic i krem do rąk dostałam w gratisie. Poza tym zakupiłam również krem do stóp z lawendą...

.... oraz neonową konturówkę do powiek, w odcieniu pięknego turkusu. W katalogu wydawała się  matowa, ale na żywo okazała się nieco metaliczna.


Tak jak większość blogosfery kupiłam w Biedronce suchy szampon Batiste oraz podróbkę TangleTeezera z tabletkami Skrzypovita.


Złożyłam też małe zamówienie w sklepie ZróbSobieKrem. Skusiłam się na hydrolat, peeling ze skały wulkanicznej, spirulinę oraz glinkę białą. Do koszyka dorzuciłam również mleczko pszczele, hydrolizat keratyny oraz elastynę w celu wzbogacania nimi masek do włosów.



Na koniec parę nowości lakierowych. Trafiłam ostatnio na wyspę Golden Rose i trochę mnie poniosło.


Na promocji w Rossmanie zakupiłam dwa lakiery Wibo.

  Inglot 389 to mój ulubiony letni kolor tej marki. Wygląda fenomenalnie, zwłaszcza na opalonych dłoniach i stopach. Zakupiłam również polecany przez Cammie top coat.


A na koniec lakiery, które dostałam od marki My Secret.



Ufff trochę się tego nazbierało. Teraz jestem skupiona na sukcesywnym zużywaniu wszystkich swoich zapasów. Nie czerpię już przyjemności z gromadzenia kosmetyków. Stawiam przede wszystkim na jakość a nie na ilość ;-)

Ulubieńcy ostatnich miesięcy- PIELĘGNACJA

Na przestrzeni ostatnich miesięcy zagościło u mnie sporo nowych kosmetyków, część z nich okazała się prawdziwymi perełkami. I to o nich będzie dzisiejszy post. Zapraszam!



Z kategorii żeli pod prysznic moją sympatię zdobyły ostatnio żele pod prysznic Balea. Ładnie pachną, wywiązują się z powierzonej im funkcji oczyszczania ciała i na dodatek kosztują mniej niż 1 Euro w drogerii DM. Nic tylko kupować.


Ulubionym peelingiem do ciała nominowany został cukrowy peeling ze Starej Mydlarnii. Ostatnio coraz bardziej rozkochuję się w tej marce a tej peeling jest tylko potwierdzeniem. Po jego użyciu skóra jest mięciutka i z taką przyjemną olejkową powłoczką. Zapach może nie do końca odpowiada białej czekoladzie, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.


Masło do ciała- znów marka Balea. Z tego co się orientuję to masło pochodzi z limitowanej edycji, nad czym z całego serca ubolewam bo to masło jest genialne a mi pozostała zaledwie garstka na dnie. Ma dosyć gęstą, treściwą konsystencję ale przyjemnie rozprowadza się na skórze. Pachnie przepięknie niczym kakao Nesquik. Skład jest świetny, masło shea na drugim miejscu (na pierwszym jest aqua). Skóra po jego użyciu jest wspaniale odżywiona. No i cena z tego co się orientuje nie jest zbyt wygórowana. Nic tylko kupować!


Przez całe moje życie miałam jakąś awersję do oliwek do ciała. Zawsze wydawało mi się, że będę po niej śliska jak ryba wyciągnięta prosto z wody. Na szczęście oliwka Hipp pokazała mi, że jest inaczej. Wchłania się w skórę naprawdę ekspresowo, przy pierwszym użyciu przeżyłam niemały szok. Skóra po jej użyciu jest cudownie nawilżona. Wiele dziewczyn stosuje ją również do olejowania włosów, ale u mnie się w tej kwestii raczej nie sprawdziła. Lubię bardzo, zwłaszcza w sezonie zimowym.


Jeden ze zbawicieli mojej skóry- mgiełka do twarzy z wodą z kwiatu pomarańczy firmy Stara Mydlarnia. Kupiłam całkowicie przez przypadek za kilkanaście złotych a okazała się świetna. Moja skóra w okresie wrzesień-grudzień była w oplakanym stanie- stale zaczerwieniona, wrażliwa na wszystko, dodatkowo makijaż spływał mi z twarzy już po godzinie. Odkąd używam tej mgiełki moja skóra jest zdecydowanie bardziej ukojona, rumień się zmniejszył (co pewnie jest też zasługą kremu, o którym poniżej) i w końcu da się z nią jakoś dogadać ;) Koniecznie muszę się wybrać do Starej Mydlarnii uzupełnić zapasy!


Bardzo przyjemnie używało mi się również toniku z Lirene. Zakupiłam go po zobaczeniu recenzji na YT, którą z tego co pamiętam wrzuciła chyba Szavka (??). Bardzo przyjemnie odświeżał twarz, niwelował podrażnienia i uczucie ściągnięcia, o ile takowe wystąpiło. 


Moi kremowi ulubieńcy:
* Pharmaceris lekki krem głęboko nawilżający- cudeńko! Ma naprawdę leciutką konsystencję, która świetnie nada się pod makijaż jednocześnie zapewniając skórze całodniowe nawilżenie. Niestety wykończyłam go doszczętnie ale na pewno kupię kolejne opakowanie bo byłam oczarowana.
* Uriage Roseliane- zakupiłam go z myślą o bardzo uporczywym rumieniu, który mnie nękał. Z tego co pamiętam nie był tani, ale na szczęście spisał się na medal. Już po tygodniu używania zauważyłam poprawę, rumień był ukojony a po kilku miesiącach stosowania mój problem chwilowo ustąpił. Mimo kilku jego irytujących cech, bardzo go polubiłam i w sezonie zwiększonej aktywności moich naczynek na pewno po niego sięgnę.


Z maseczkami algowymi Organique zapoznała mnie koleżanka z pracy. Zakupiłam 2 saszetki na próbę i przepadłam. Fantastycznie łagodzą podrażnienia, uspokajają skórę, która po ich użyciu jest mięciutka jak pupcia niemowlęcia ;)


W kwestii pielęgnacji ust rządził nieprzerwanie Carmex. Nowością w mojej kosmetyczce jest balsam BabyLips od Maybelline, który okazał się bardzo przyjemnym zaskoczeniem i z dużą przyjemnością po niego sięgam.


Na koniec produkt może nie bardzo pielęgnacyjny, ale nie mogę o nim nie wspomnieć. Jest to zmywacz do paznokci z Inglota. Po masakrze jaką urządził mi rossmanowski zmywacz z Isany, Inglot okazał się wybawieniem. Dobrze radzi sobie ze zmywaniem lakieru, a dodatkowo (co dla mnie jest kluczowe) nie wysusza płytki paznokcia.


Ufff i to by było na tyle.

Macie jakieś doświadczenia z produktami, które pokazałam? Jacy są Wasi topowi ulubieńcy pielęgnacyjni?

Projekt denko czyli kilka mini-recenzji cz. I

Przez ostatnie miesiące mojej nieobecności w blogosferze sumiennie zużywałam swoje kosmetyczne zapasy i tak naprawdę mało nowych rzeczy kupiłam. Dziś zebrałam się w sobie i sfotografowałam wszystkie swoje denka, zdjęcia powtarzałam aż 3 razy w różnych kombinacjach i nieco poszalałam z obróbką. Dajcie znać jak Wam się podobają.

Zapraszam na część pierwszą denkowego postu poświęconą produktom do pielęgnacji twarzy.


1. Eveline hialuronowy roll-on pod oczy- bardzo fajnie odświeżał skórę wokół oczu, nie podrażniał, nie wysuszał i był niesamowicie wydajny. Bardzo go lubiłam, ale miałam go tak długo, że mocno mnie sobą znudził więc bardzo się cieszę że go zużyłam i mogę rozejrzeć się za czymś nowym.

2. Serum do twarzy ze Starej Mydlarni z olejkiem arganowym & neroli- cudo! Niedawno zaczęłam powoli odkrywać produkty tej marki i muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona ich jakością. Serum to miało lejącą konsystencję jednak aplikacja nie sprawiała mi większych problemów. Dobrze rozprowadza się na twarzy, nie spływa i jak na olej wchłania się całkiem szybko. Dodatkowo ma przepiękny pomarańczowy zapach co ujęło mnie kompletnie, bo cierpię na poważną manię na punkcie cytrusowych zapachów. Efekty jakie dawał na mojej skórze były zauważalne gołym okiem, skóra była wyraźnie bardziej odżywiona, gładsza, ukojona. Serum kupiłam stacjonarnie w sklepie Starej Mydlarnii we Wrocławiu i kosztowało mnie ok. 22 złotych. Było dosyć wydajne, wystarczyło mi na ok.2,5 miesiąca codziennego stosowania. Na pewno zakupię je ponownie jak tylko powrócę do Wrocławia bo brakuje mi go.

3. Krem Vitality by Matis z witaminą C- pomimo moich najszczerszych chęci nie polubiliśmy się. Drażnił mnie jego zapach i dosyć ciężkawa konsystencja. Długo się wchłaniał, średnio sprawdzał się pod makijaż i z moją skórą miał relację love-hate. Jednego dnia super odżywiał moją skórę, nadawał jej niesamowicie zdrowego wyglądu i blasku (chwała witaminie C!) a drugiego była poszarzała, przetłuszczona i zmęczona. Stosowałam go 2 razy w tygodniu i szybko mi uciekł w opakowania, z czego jestem raczej rada.

4. Woda kwiatowa z kwiatów gorzkiej pomarańczy- zakupiona na e-naturalne.pl. Bardzo przypadła mi do gustu.
Po pierwsze: cudownie tonizuje i odświeża skórę, przygotowując ją do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych.
Po drugie: działa naprawdę kojąco na moją naczynkową cerę.
Po trzecie: przyjemnie pachnie cytrusami (tak tak jestem uzalezniona ;))
Po czwarte: kosztuje mniej niż 10 zł.
Zdecydowanie kupię kolejne opakowanie i Wam również polecam wypróbować, zwłaszcza jeśli posiadacie skłonną do podrażnień skórę.



5. Pharmaceris żel pod oczy- pisałam już o nim na  blogu. Produkt kompletnie bez rewelacji. Lekka żelowa konsystencja, bezzapachowy. Niestety nawilżenie słabiutkie, musiałam nakładać go kilka razy aby poczuć jego działanie.

6. Pharmaceris krem głęboko nawilżający- powiem krótko: nie lubię go. Długo się wchłania a i tak pozostawia skórę lepką. Makijaż się na nim trzyma słabiutko. Poziom nawilżenia również mnie nie zachwycił. Zdecydowanie bardziej wolę jego brata- multilipidowy krem odżywczy z tej serii. Z tym męczyłam się bardzo długo i jego resztkę zużyłam do łokci i stóp

7. Pharmaceris płyn micelarny- zacznę od tego, że sama idea płynów micelarnych do mnie nie przemawia i najzwyczajniej w świecie nie lubię ich używać. Myślałam, że ten produkt zmieni moje zdanie, ale on jeszzce bardziej mnie w tym utwierdził. Słabo zmywa makijaż, z pomalowanym okiem kompletnie sobie nie radzi. No i największy minus: strasznie podrażnia oczy i delikatną skórę wokół.

8. Pharmaceris kojący żel myjący- po prostu uwielbiam ten produkt! Jest niesamowicie delikatny dla wrażliwej skóry a oczyszcza ją nawet z bardzo mocnego makijażu. Wystarczy niewielka kropla a rozprawi się nawet z najcięższym podkładem i mocnym eyelinerem. Po jego użyciu czuję, że moja skóra jest czysta, ale nie odczuwam dyskomfortu ściągania lub wysuszenia skóry. To już moje trzecie zużyte opakowanie i na pewno kupię go ponownie, zwłaszcza że nie jest drogi jak na apteczny produkt, kosztuje ok. 25 zł.



9. Krem z mocznikiem BioNike- pisałam już o nim na blogu. Bardzo fajny produkt, dobrze odżywia suchą skórę, ale niestety jest dosyć drogi i narazie poszukuję tańszego zamiennika.

10. Maska Avene Antirougerous przeznaczona do cery naczynkowej. Również wspominałam już o niej na blogu, wystarczy wpisać w wyszukiwarce. Przyjemna żelowa konsystencja, dobrze się rozprowadza i widocznie zmniejsza zaczerwienienie i łagodzi skórę. Pomimo tego nie wrócę do niej bo znam lepsze a ta do najtańszych nie należy.

11. Serum na noc Revitacell- no cóż, spodziewałam się cudów a okazało się średniawką. Konsystencja kremowa, produkt bezzapachowy, opakowanie z pompką- to jego niewątpliwe zalety. Niestety poziom nawilżenia słabiutki, zawsze musiałam mieć mocniejszy krem w zanadrzu. Innych jego rezultatów na swojej skórze nie odnotowałam. Kolejny drogi kremik, który nic nie robi.

12. BioNike krem pod oczy Defence Eye- najlepszy krem pod oczy jaki miałam okazję używać. Ma lekką i kremową konsystencję, która jest przy tym niesamowicie treściwa. Po jego nałożeniu dosłownie czuć jak krem wchłania się w skórę i ją nawilża. Uwielbiam go za to właśnie nawilżenie oraz łagodzenie wszelkich podrażnień i alergii. Produkt nie zawiera w sobie barwników ani substancji zapachowych. Był dosyć wydajny, wystarczył mi na pół roku codziennego stosowania. Chętnie zakupiłabym go ponownie, ale nie należy do najtańszych i na dzień dzisiejszy niestety mam ważniejsze wydatki.


Zużyłam również kilka mini-opakowań:


13. Clinique Turnaround Overnight- w założeniu miał to być mocno odżywczy krem na noc. W rzeczywistości okazał się słabiutki. Konsystencja zbyt lekka, nawilżenie kiepskie, wydajność tragiczna. Nigdy więcej.

14. Biotherm Aquasource- krem nawilżający. Strasznie odpychał mnie jego mocno spirytusowy zapach, dodatkowo z tego co pamiętam alkohol denat. wysoko w składzie. No, nie. Ja podziękuję.

15. L'occitane krem na noc- zapachem mocno przypominał mi krem Reve de Miel z Nuxe, jest to zapach kojarzący mi się z latem i słonecznikami. Niestety poza tym nic mnie w nic nie zauroczyło, właściwości pielęgnujące mocno przeciętne, na poziomie kremu drogeryjnego niskiej półki. A cena pełnowymiarowego opakowania (ok. 249 zł) przyprawia mnie o salwy śmiechu. Miłości z tego nie będzie.


I to by było na tyle. Jak widać w kwestii pielęgnacji skóry zrobiłam się strasznie wymagająca, ale uważam to za dobrą rzecz. Po intensywnym testowaniu nowości, ciągłym żonglowaniu produktami pielęgnacyjnymi moja skóra nieco oszalała i dużo czasu zajęło mi przywrócenie jej do stanu względnie normalnego.

Znacie produkty, które pokazałam? Mamy podobne zdanie na ich temat? A może macie kompletnie odmienne wrażenia?

Powrót + ulubieńcy ostatnich miesięcy

Jak już zauważyliście lub nie, ostatnio na moim blogu było bardzo cicho i głucho. Nastąpiła niezaplanowana i nie do końca zależna ode mnie przerwa. Przyczyna? Najzwyczajniej w świecie nie miałam kompletnie na nic czasu. Wyjątkowo wymagający i ciężki semestr na studiach (studia magisterskie to złoooo) oraz praca zachłannie zagarnęły cały mój wolny czas. Na szczęście są już wakacje i jestem wolna od uczelni więc stęskniona wróciłam do prowadzenia bloga. Brakowało mi tego. Naprawdę. Może się to wydawać się niepoważne, ale naprawdę tęskniłam za tym "pisaniem o malowidłach" (tak to ujmują moi znajomi ;)).
Poza tym mogłam na spokojnie spojrzeć z dystansem na swoją blogową działalność, blogosferę oraz dojść do tego co chciałabym zmienić i poprawić w swoim blogu oraz co sprawia mi frajdę lub drażni i razi mnie w blogowaniu :)

Co się ze mną działo w trakcie tych tygodni przerwy? Zapraszam na post z serii "z perspektywy mojego telefonu" :D

Zawsze chciałam mieć lansiarską focie w lustrze z dziubkiem :D 
Tutaj możecie przy okazji zobaczyć moje nowe ukochane kocie okulary ;)


Piękny kłos na włosach koleżanki made by me. Zazdroszczę jej tych włosów strasznie!
Poza tym nie wiem czy kiedykolwiek o tym wspominałam, ale od dziecięcych lat jestem niespełnionym fryzjerem, uwielbiam czesać ludzi i umiem czesać niemal wszystkie rodzaje warkoczy, plecionek itp.
Zawsze jakaś alternatywa gdyby na obecnych studiach mi nie poszło ;)



 

Po-juwenaliowe wspominki. Było naprawdę super, wybawiłam się za wszystkie czasy. Dodatkowo koncert Enej na Wrocławskich Tekach był super, chłopaki mnie totalnie oczarowali :)


Po imprezowaniu powrót do uczelnianej rzeczywistości był ciężki ;) 
Dodatkowo nastał czas egzaminów i zaliczeń.


I trzeba było przysiąść do nauki!


Lub próbować innych metod. Na PWR każdy orze jak może ;)


Pomimo upływu lat miłość nadal kwitnie <3 p="">



Po zakończeniu semestru czas na wyprowadzkę i powrót do rodzinnego gniazdka. Wielkie rozpakowywanie i dylematy w stylu "gdzie ja to wszystko upchnę?"


A teraz czas przejść do sedna całego postu a mianowicie ulubieńców ostatnich miesięcy, czyli produkty które absolutnie ostatnio pokochałam.

Z kategorii pielęgnacji absolutnie uwielbiam dwa poniższe produkty marki Pharmaceris. Do tej pory demakijaż był dla mnie złem koniecznym. Z jednej strony nie wyobrażam sobie kłaść się do łóżka z makijażem na twarzy, ale z drugiej na myśl o zmywaniu tego wszystkiego i produktach które dodatkowo podrażniały mi skórę aż dostawałam gęsiej skórki. Żel myjący z serii N oraz łagodząca pianka myjąca z serii A to strzały w dziesiątkę, idealnie usuwają cały makijaż, łącznie z tuszem i eyelinerem a dodatkowo nie podrażniają ani nie wysuszają mi skóry, wręcz przeciwnie po ich użyciu skóra jest przyjemnie czysta, ukojona i nie męczy mnie uczucie ściągnięcia. Nie są drogie, ich cena to dwadzieścia złotych z hakiem, często są też w promocji. Wydajność również jest bardzo zadowalająca, choć w tej kategorii to żel myjący wiedzie prym, pianka uciekała mi z opakowania o wiele szybciej.


Woda termalna Uriage świetnie spisuje się do zwilżania masek algowych i glinkowych oraz do odświeżenia skóry w ciągu dnia lub przed nałożeniem kremu. Bardzo podoba mi się to, że aplikator rozpyla ją delikatną drobną mgiełką, nie tak jak w przypadku wody z Vichy, która pluła wodą w twarz ;)


W pielęgnacji twarzy postawiłam ostatnio na minimalizm. Poniżej moje 3 kosmetyczne odkrycia. Przede wszystkim olejek arganowy ze Starej Mydlarnii. Kupiłam go całkiem przypadkiem i okazał się bardzo przyjemny. Przepięknie pachnie pomarańczą (mam obsesję na punkcie cytrusowych zapachów!), zauważalnie odżywia skórę, po jego użyciu moja twarz jest bardzo milutka i gładka w dotyku.
Krem pod oczy BioNike to zdecydowanie najlepszy produkt w tej kategorii jaki miałam okazję używać. Jest to krem, którego działanie po prostu czuję i widzę. Stosuję go pod oczy jak i na powieki. Cudownie łagodzi i nawilża skórę w tych rejonach.
Letni niezbędnik- krem z filtrem Vichy. Kupiony bardzo spontanicznie, zanim zaczął się na niego cały ten bum. Będąc w Superpharmie przypomniało mi się, że potrzebuję kremu z wysokim filtrem, a ten był aktualnie na promocji więc trafił do koszyka. Zazwyczaj takie nieplanowane i popełnione bez uprzedniego researchu w necie zakupy kończą się rozczarowaniem, ale to akurat był strzał w dziesiątkę. Recenzję postaram się zamieścić na dniach. Postaram się go też porównać z kremem z filtrem z Pharmacerisu, którego wcześniej używałam.


Dałam się omamić Original Source. Żel pod prysznic Raspberry&Vanilla to mistrzostwa świata, pachnie po prostu cuuuuuudownie, aż mam ochotę go schrupać. Dodatkowo pod względem pielęgnacyjnym krzywdy mi nie robi więc jestem na tak!
Moja miłość do czekoladowego peelingu z Ziaji trwa, choć muszę przyznać, że jestem już nieco znużona jego zapachem i mam ochotę wypróbować coś nowego. Ale pomimo to uważam, że to jeden z lepszych peelingów jaki używałam.


Z kolorówką raczej spokojnie i bez szaleństw. Zakochałam się w chusteczkach matujących z Inglota, są po prostu fe-no-me-nal-ne! Dodatkowo niezmiennie towarzyszyła mi baza pod cienie do powiek Hean oraz tusz Max Factor 2000 Calorie, który polecam wszystkim znajomym i krewnym. Świetnie spisywał się u mnie również korektor z Collection 2000 i eyeliner Maybelina, które dostałam od kochanego Kokoska (:*)
Jeśli chodzi o cienie to królował Inglot w neutralnych brązach. Od lewej: nr 353-duże opakowanie oraz wypraski: 456, 390, 409.



Z przyborów kosmetycznych nieoceniony okazał się płyn do czyszczenia pędzli. Mój wybór padł na Inglota bo po prostu miałam do niego najlepszy dostęp i cena była przystępna (16 zł).
No i na sam koniec mój niezbędnik jeżeli chodzi o malowanie paznokci- wysuszacz Seche Vite. Geniusz! Niedługo recenzja :)

Wszystkie pokazane kosmetyki polecam Wam z całego serca, są naprawdę warte uwagi.

Teraz uciekam nadrabiać moje ogroooomne zaległości na Waszych blogach.

A jacy są Wasi ulubieńcy? Coś się pokrywa z moimi? :)